Gdy czytam początek Biblii, uderza mnie jedno zdanie. Bóg patrzy na idealny świat i mówi: „Niedobrze, żeby człowiek był sam” (Rdz 2, 18).
Nie wiem, czy Adam był introwertykiem, czy ekstrawertykiem. Nie mam pojęcia, jakie miał cechy osobowości. Wiem jedno – Bóg uznał, że samotność izolacji po prostu nam szkodzi.
Uwielbiam Listy Piotra, a zwłaszcza ten moment, gdy pisze o braterskiej życzliwości (2 Pt 1, 7). W grece to słowo to filadelfia – serdeczna więź, głębokie przywiązanie. Piotr wymienia długą listę: wiara, cnoty, samokontrola. Wszystko to dotyczyło sfery osobistej. I nagle robi zwrot.
Dla mnie to jasny sygnał: kończy się moje, zaczyna się nasze. Jeśli człowiek naprawdę doświadcza w życiu Boga, przestaje skupiać się wyłącznie na sobie. Zaczyna otwierać się na innych. Czy to nie jest proste? Mądre? Dla mnie tak.
Uważam, że największym wrogiem budowania relacji wcale nie jest otwarta kłótnia, ale iluzja samowystarczalności.
Często karmimy się kłamstwami: „Dam sobie radę sam”, „Wiem najlepiej”, „Nikogo więcej nie potrzebuję”. Tak, ale do czasu. Głos obojętności mówi cicho: „To nie moja sprawa”. Można żyć tuż obok ludzi, mijać się na ulicy, a nawet w kościelnej ławce, i być w tym wszystkim całkowicie samotnym.
Wiem, że wielu z nas nosi w sobie rany. Może zdarzyło Ci się zrazić do Kościoła jako instytucji. Może spotkałeś tam ludzi, którzy zamiast miłości zaoferowali krytykę. Rozumiem to. Sam często widzę ten bolesny paradoks: można siedzieć obok siebie, śpiewać te same pieśni, a jednocześnie zupełnie się nie znać i nie nieść nawzajem swoich ciężarów.
Pamiętam historię z dzieciństwa. Swoją pierwszą dwójkę dostałem w trzeciej klasie, bo nie odrobiłem lekcji. Nauczycielka szła od ławki do ławki. Moja koleżanka też nie miała zadania i dostała dwójkę. Kiedy przyszła kolej na mnie, rozpłakałem się z żalu. Nauczycielka zaczęła mnie pocieszać: „Nie martw się, zaraz cię zapytam i poprawisz”. Przez łzy wyszlochałem wtedy: „A Sylwię też pani spyta?”. Choć byłem dzieckiem, Piotrusiem, czułem, że to niesprawiedliwe, abym tylko ja dostał szansę. W tym wspólnym problemie było mi raźniej, że nie jestem sam.
Dojrzała troska o drugiego człowieka powinna rozwijać się w nas przez całe życie. Chrześcijaństwo to nie religijne rytuały. Prawdziwa duchowość to środowisko, w którym zauważamy realne potrzeby ludzi wokół nas. Zwłaszcza tych, którzy czują się odrzuceni.
Często wracam myślami do przypowieści Chrystusa o bogaczu i Łazarzu (Łk 16, 19-31). Ta opowieść to dla mnie fundamentalne ostrzeżenie przed obojętnością. Skupienie na własnym komforcie buduje niewidzialny mur. Sprawia, że nie dostrzegamy człowieka leżącego u naszych wrót. Co najciekawsze, bogacz nie krzywdził Łazarza. Nie przeganiał go. Jego wina polegała wyłącznie na tym, że ignorował cierpienie. Widział głód i rany, ale nie zrobił nic. Co ciekawe, w tej historii bogacz nie ma nawet imienia – jego czas się skończył, a pamięć o nim zatarła.
Grzech zaniechania rodzi się z obojętności. A nasze czyny tu na ziemi rodzą nieodwracalne konsekwencje w wieczności. Życie to cudowny dar, jedyny czas na czynienie dobra.
Nowy Testament krzyczy do nas w tej sprawie z wielu stron. Jan pyta wprost: jeśli widzisz brata w potrzebie i zamykasz przed nim serce, jakże może być w tobie miłość Boża? (1 J 3, 17). Jakub przypomina, że puste, nabożne życzenia typu „idź, ogrzej się i najedz” bez konkretnej pomocy są bezwartościowe. Jezus w przypowieści o Samarytaninie pokazuje religijnych przywódców, którzy woleli zachować czystość rytualną niż okazać miłosierdzie – minęli cierpiącego drugą stroną drogi. Rozumiem każdego, kogo taka postawa ludzi religijnych boli i zraża. Mnie też to boli. Sam Jezus w najważniejszym momencie potrzebował obecności przyjaciół, a zastał samotność, bo oni po prostu spali.
Żyjemy w paradoksalnych czasach. Nigdy wcześniej ludzie nie byli tak mocno połączeni technologicznie i jednocześnie tak dramatycznie odizolowani emocjonalnie.
Pierwszy Kościół (Dz 2, 42-47) nie był idealną instytucją z marmuru. To była grupa ludzi, która trwała we wspólnocie i dzieliła się wszystkim. Na pewno mieli swoje wady, ale na pewno nie byli wobec siebie obojętni. Do takiego przeżywania relacji chcemy wracać.
To od Ciebie zależy paradygmat Twojego życia. Albo wybierzesz światowe hasło: „Lepiej samemu – ja, mnie, dla mnie”, albo uwierzysz Bogu, który mówi, że samotność nie jest dla Ciebie dobrym rozwiązaniem. Bez względu na to, co przeszedłeś w przeszłości, pamiętaj – nie musisz iść przez życie sam.
Jeśli czujesz się samotny, zrażony albo po prostu chcesz pogadać o tym, jak odnaleźć w tym wszystkim autentyczność, napisz do mnie na kwidzynkz@gmail.com. Drzwi są otwarte.